.::Co zapodano?::. .::Zapodaj coś::. .::Google::. .::E-mail me?::.


Archiwum:
2010
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
www.flickr.com

Rok temu o tej porze szykowałem się do wyjazdu do Tokio


semp 2010-02-06 15:17:01
skomentuj (0)

ZTM nocą
Wyszedłem od kumpla i ruszyłem stronę przystanku, na którym na kilka minut przed północą miał zatrzymać się jeden z ostatnich dziennych autobusów. Miałem jeszcze około dziesięciu minut, a droga nie była zbyt daleka, więc szedłem sobie powoli, ponieważ na dworze było chłodno, a w taką pogodę lepiej się trochę wolniej przespacerować, niż dojść na przystanek zbyt szybko i później czekać i marznąć. Pomimo szczerych chęci dotarcia tam w ciągu mniej więcej dziesięciu minut, już po upływie siedmiu znajdowałem się bardzo blisko przystanku. Z lekkim zdziwieniem, zauważyłem, że w oddali widać autobus. Pomyślałem, że skoro jestem wcześniej, to najwyraźniej jest to pojazd jakiejś innej linii, a że pasuje mi więcej niż jeden numer, to postanowiłem podbiegnąć i wskoczyć do środka. Zdążyłem dobiec na czas i ze zdziwieniem odkryłem, że jest to mój numer, pomachałem ręką, zatrzymałem go na przystanku "na żądanie" i wszedłem do środka. W autobusie było prawie pusto, jeśli nie liczyć mnie, kierowcy i jakiegoś młodego gościa, który siedział w tylnej części pojazdu. Spojrzałem na zegarek na kasowniku i bez wątpienia do widniejącej w rozkładzie jazdy godziny były jeszcze trzy minuty. Kierowca coś powiedział i nie byłem pewien, czy mówi do mnie, czy może tak sobie. Zagadałem go więc i okazało się, że chodziło mu o to, że ledwo zdążyłem. Przytaknąłem, bo w sumie miał rację. Gość był mega wyluzowany. Od razu zaczął mówić po imieniu (tzn. nie znał mojego imienia, ale wiecie o co chodzi). Ponoć o tej godzinie, to jest normalne, że przyjeżdżają wcześniej. Byłem trochę zdziwiony, ale w sumie powiedziałem gościowi, że go rozumiem i jeśli chodzi o mnie, to nie ma problemu. Być może mówiłem tak dlatego, że udało mi się zdążyć na ten autobus. Problem to by był, gdybym dotarł na przystanek odrobinę później. W każdym razie, ponoć na tych kursach po prostu już tak jest i zawsze będzie przyjeżdżał wcześniej, bo mu się później może wydłużyć czas przejazdu na trasie. W sumie o tej godzinie na drodze nie ma prawie żadnych aut, więc zacząłem podejrzewać, że gość chciałby być nieco wcześniej w domu. Nie krył się z tym, że to jego ostatni kurs. Rozbroiła mnie ta jego bezpośredniość. Gość chyba docenił to, że zamiast bluzgać, wykazałem odrobinę zrozumienia. Ta nieformalna atmosfera musiała się przecież skądś wziąć, prawda? Kierowca zapytał się, gdzie wysiadam, więc mu powiedziałem, że niedaleko, ale jednak zbyt daleko, żeby iść pieszo i rzuciłem nazwę przystanku. Jakiś czas później odruchowo nacisnąłem przycisk, choć nie musiałem, bo gość najwyraźniej pamiętał, gdzie planuję wysiąść. Na koniec jeszcze poprosił mnie, żebym wysiadając puknął coś z tyłu autobusu, a po chwili zapytał, czy mogę sprawdzić, czy ten gość z tyłu przypadkiem nie zasnął. W efekcie nie byłem już pewien, czy z tym puknięciem chodziło mu o obudzenie gościa, czy może ewentualnie o jakieś niedomykające się drzwi (już kilka razy widziałem, jak kierowcy musieli popychać drzwi, żeby je domknąć). Postanowiłem więc zająć się jednym i drugim. Full service! Nawet nie musiałem ruszać się z miejsca, żeby mieć podstawy do krzyknięcia: "Nie śpi!". Współpasażer nieco się zdziwił, a może nawet trochę przeraził, unosząc wzrok znad komórki. Kierowca zatrzymał autobus na przystanku, ja wysiadłem i jeszcze tak dla pewności dotknąłem ostatnich drzwi. Wszystko było w porządku. Nawet obsługa w autobusach tak jakby nieco bardziej spersonalizowana.

semp 2010-02-05 23:59:59
skomentuj (0)

TVN Warszawa - Zapowiedź Kodu Dziewięciu Symboli


semp 2010-02-04 23:59:59
skomentuj (0)

Obserwując całą ścianę telewizorów
Obserwując całą ścianę telewizorów poczułem coś dziwnego. Elektroniczno-mistyczno-magiczna atmosfera. Jak sen albo ponowne doświadczanie czegoś, co działo się dawno, dawno temu.



semp 2010-01-19 23:59:59
skomentuj (2)

Stop Lurking Day!
Na jednej ze stron o serialu Lost, którą co jakiś czas odwiedzam, jest coś takiego jak "Stop Lurking Day". Polega to na tym, że autor tej strony zachęca wszystkie osoby, które ją czytają, do pozostawienia komentarza pod najnowszą notką. Pomyślałem, że ciekawie by było zrobić taki "Stop Lurking Day" tutaj. Dlatego, jeśli czytasz teraz te słowa, to bardzo proszę o to, żebyś (nawet jeśli bardzo Ci się nie chce), kliknął odpowiedni przycisk i zdecydował się pozostawić tutaj komentarz o dowolnej treści, ale podpisany swoją ksywką, imieniem i nazwiskiem, inicjałami albo w jakikolwiek inny sposób.

semp 2010-01-16 00:59:38
skomentuj (19)

Rzeczywistość, o której kiedyś się nie śniło
To niewiarygodne, jakie fajne możliwości dają obecne czasy. Siadam z Michałem i Marcinem w kebabowni na placu Wilsona, żeby zjeść kebaba. Robimy zdjęcie, na którym widać mnie trzymającego w ręku jedzenie oraz deklarację poparcia dla pozostawienia lokalu w tym miejscu (spółdzielnia mieszkaniowa go tam nie chce). Po wyjściu wysyłam je MMSem na Blipa, a gdy wracam do domu i siadam przed komputerem z herbatą, widzę tę samą fotografię na Facebooku, ale już skomentowaną przez kilka osób i oznaczoną jako "like".

semp 2010-01-15 21:55:36
skomentuj (2)

Głodnemu
Idę dziś po Saskiej Kępie, a tam w oddali szyld "HOT SEX". Podchodzę bliżej, łapię ostrość, a to chińszczyzna "HOA SEN".

semp 2010-01-14 23:59:59
skomentuj (1)

Obecna lokalizacja
Stało się to już jakiś czas temu, ale dopiero teraz informuję o tym tutaj. Otóż po raz kolejny zmieniłem kawiarnię. Jak już kiedyś wspominałem, miewam taką fazę, że przez kilka tygodni pojawiam się w jakiejś kawiarni prawie codziennie (urozmaicając to od czasu do czasu wizytami w Tete-a-Tete na stacji metra Centrum, czyli w miejscu, od którego wszystko się zaczęło), a później zmieniam ją na zupełnie inną. W sierpniu dominowała Herba Thea, wrzesień i październik upłynęły pod znakiem Karmy, a jakoś w grudniu zainstalowałem się w Starbucksie, nieopodal stacji metra Ratusz i tak już zostało. Ciekawe jak długo potrwa ta faza?

semp 2010-01-13 12:12:18
skomentuj (6)

Tykanie zegara
Dziś podczas porządków w pokoju zwróciłem uwagę na stojący na jednej z półek zegar wskazówkowy. W jedną z części lśniącej, czarnej, dwuskrzydłowej obudowy wbudowana jest tarcza zegara, a na drugiej widnieje delikatny, orientalny malunek z ptakami. Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek używał tego zegara. Nie spoglądałem na niego od bardzo dawna, a być może nawet od samego początku. Przez ten cały czas on sobie tutaj tak po prostu stał i było tak już od kilku lat. Nie pamiętam nawet, czy kiedykolwiek tykał, czy może odkąd go mam jego wskazówki stały nieruchomo. Podczas dzisiejszych porządków z tyłu zegara znalazłem klapkę, pod którą znajdowała się wyczerpana bateria. Może zatem kiedyś działał, a teraz już tego nie pamiętam, ale nawet jeśli, to widocznie nie zwracałem na to uwagi, bo gdy przestał, nawet nie pokwapiłem się, żeby wymienić baterię. Zrobiłem to dopiero dziś, ale nie dlatego, żeby śledzić na nim upływający czas, lecz z zupełnie innego powodu. Chciałem posłuchać tego przepięknego dźwięku, jakim jest regularne, spokojne tykanie zegara. Słyszę je teraz cały czas, wyobrażam sobie, jak w środku pracuje mechanizm, a wskazówki przesuwają się po tarczy. Najbardziej w tym wszystkim podoba mi się to, że będę je słyszał także przed snem. Takie spokojne tyk, tyk, tyk...

semp 2010-01-08 23:57:47
skomentuj (0)

After Trash the Old Year Party
Trash the Old Year Party okazało się frekwencyjnym sukcesem, a sama impreza obfitowała w liczne (w dużej mierze improwizowane) atrakcje. To niewiarygodne, że z dnia na dzień udało się zebrać aż osiemnaście osób, gotowych w sylwestrową noc grillować na wysypisku śmieci. Dlaczego właściwie tam? To pytanie, które ostatnio zadawano mi wiele razy, a tymczasem odpowiedź jest prostsza, niż mogłoby się wydawać: z bazy atomowej w Kampinosie, w której pierwotnie planowałem zorganizować imprezę, nie bardzo było jak wrócić po nocy. Dlatego po konsultacji z zaprzyjaźnionym specem od nietypowych miejsc, mój wybór padł na wysypisko śmieci.



Jak tam dotarliśmy? Zbiórka na metrze Marymont, krótka integracja, pamiątkowe zdjęcia i niespodzianka od Marcina i Uli, którzy przynieśli zaprojektowane i wykonane przez siebie przypinki z logiem imprezy. Następnie przejazd do stacji Młociny, gdzie na pętli należało odszukać autobus linii 203. Był to dosyć nietypowy, niewielki model, który wypełniliśmy po brzegi, dzięki czemu można było się poczuć jak w pojeździe wyczarterowanym specjalnie dla nas. Atmosfera była na tyle kameralna, że przed wejściem do środka, zrobiliśmy sobie nawet zdjęcie z kierowcą i jego kluczykami do autobusu.







Jakiś czas później dotarliśmy na drugą pętle. Nikt się do nas nie dosiadł. Wylądowaliśmy na skraju lasu, gdzie czekało nas kilka zagwozdek. Pierwsza z nich dotyczyła tego, jak stąd właściwie wrócić, gdyż w pobliżu brak jakichkolwiek nocnych autobusów. Druga – której rozwiązania potrzebowaliśmy znacznie pilniej – związana była z rozstajem dróg, na którym się zatrzymaliśmy, zastanawiając się, gdzie iść dalej. Przed nami tablica z mapą, ktoś miał ze sobą GPS, a ktoś inny wspomnienia z okolicy. Poszliśmy więc w lewo i okazało się, że był to słuszny wybór.





Czekał nas kilkunastominutowy marsz przez las. W grupie pojawiały się żarty, że ten spacer pośród drzew to scena jak z horroru. W sumie by się zgadzało, gdyby nie to, że w horrorach bohaterowie nie niosą ze sobą grilla, węgla i podpałki. W końcu w oddali zauważyliśmy ogromną bramę, która zwiastowała cel naszej podróży.





Na skraj wysypiska udało nam się dotrzeć bez większych problemów. Ze zdziwieniem zauważyliśmy, że przy drodze parkują dwa auta z których wysiada kilka osób. Nie mieli krawatów i ogólnie nie wiedzieli o co chodzi, więc to nie nasi. Ich obecność sprawiła, że mój żarcik dotyczący tego, że w tę noc pewnie nie będzie tam tłumów, zyskał zupełnie nowy wymiar. Poza tymi kilkoma osobami, wokół nie było absolutnie nikogo, jeśli nie liczyć ochroniarza, który przechadzał się po okolicy z latarką. Klimatu okolicy dodawały gigantyczne zardzewiałe siatki i inne postindustrialne elementy.



W pewnej chwili zadzwonił telefon i okazało się, że na linii są Artur i Karina, którzy zapytują się, czy ta grupka ludzi idących drogą to my. Potwierdziłem i w tej samej chwili nadjeżdżające z przeciwka auto zwolniło, a nasza ekipa miłośników grilla na śniegu powiększyła się, dobijając tym samym ostatecznie do osiemnastu osób.



Minęliśmy tabliczkę z napisem „Miejskie Przedsiębiorstwo Oczyszczania. Zakład E-13. Składowisko odsiewów technologicznych” i zaczęliśmy wspinać się pod górę. Droga była szeroka i nawet nie tak śliska, ale i tak się zmęczyłem. Może to znak, że czas popracować nad kondycją.





Na szczyt dotarliśmy na kwadrans przed północą. Kto chciał, mógł dodatkowo wspiąć się na górę gruzu. Ktoś miał ze sobą lornetkę, więc można było oglądać światła miasta migoczące na horyzoncie. Z butelki z krzywo naklejoną etykietą zaczęliśmy rozlewać „Uroki wysypiska”, czyli welcome drink czekający na ludzi w krawatach (niestety, nie docisnąłem korka i połowa wylała mi się po drodze). Jeśli chodzi o krawaty, to zadziwiająco wiele osób miało na sobie ten rekwizyt: wąski, szeroki, czarny, zielony, pomarańczowy, wersja damska wykonana z cekinów, na koszuli, na kurtce. Zwiedzanie wysypiska pod krawatem to jest to!





Nie byliśmy pewni, kiedy dokładnie wypada północ, ale nie przeszkadzało nam to rozpocząć wspólnego odliczania. Trzeba przyznać, że okoliczności nam sprzyjały – niebo było przejrzyste, więc bez problemu mogliśmy oglądać setki wielobarwnych sztucznych ogni, które wybuchały co chwila nad miastem. Kolorowe eksplozje otaczały nas ze wszystkich stron i trudno było o lepszy punkt do obserwowania kolejnych ognistych wzorów wyrastających na horyzoncie.



Po północy przystąpiliśmy do pracy zespołowej. Zanim zdążyliśmy skręcić grilla, pogubiła się gdzieś większość śrubek, więc sprzęt mogliśmy postawić co najwyżej na jednej nodze. Przez chwilę mocowaliśmy się z nim próbując zastąpić pozostałe dwie nóżki wszechobecnym gruzem, gdy w końcu ktoś zauważył, że przecież nóżki nie są do niczego potrzebne i możemy postawić go na czymkolwiek, bo przecież do tego dużego naczynia wsypuje się węgiel, a kiełbaski kładzie się na kratce. Nadchodzi zima i od razu człowiek zapomina, jak ten cały skomplikowany sprzęt działa.



Położyliśmy grilla na kawałku gruzu, nasypaliśmy węgla, wyciągnęliśmy podpałkę, odkręciliśmy buteleczkę, a tam kolejna niespodzianka – nic nie leci, podpałka zamarzła! Na nic zdało się moje potrząsanie i uderzanie w butelkę – jeden z uczestników musiał przeciąć opakowanie scyzorykiem. Po wygrzebaniu kilku bryłek lodu, ze środka zaczął wylewać się płyn, dzięki któremu mogliśmy w końcu podpalić nasz węgiel, który płonął aż miło. Jaki to był ogień! Czasem w życiu jest tak, że granica pomiędzy grillem a ogniskiem się zaciera. Jakiś czas później płomienie nieco przygasły i można było przejść do rzeczy. Nóżki od grilla się nie zmarnowały i posłużyły do przekręcania jedzenia. Niektóre kiełbaski upiekły się całkiem nieźle, ale były też takie, które miały okazję leżeć na grillu w momencie, w którym w niekontrolowany sposób zaczynały buchać z niego płomienie i gęsty dym, dzięki czemu niepostrzeżenie zamieniły się w tak zwany epic fail.



I choć te pojedyncze egzemplarze nie nadawały się już do spożycia, łamiąc się przy najdrobniejszej próbie ich poruszenia, to jednak Marcin znalazł dla nich alternatywne zastosowanie, w pewnym momencie wymyślając jedną z atrakcji wieczoru, jaką okazał się konkurs rzucania spaloną kiełbasą w dal. Niestety, w pewnym momencie (po moim własnym, mało udanym rzucie) zgubiłem gdzieś kratkę od grilla, która służyła jako wyrzutnia, więc konkurencję trzeba było zakończyć nim ostatnia kiełbasa poszybowała w powietrzu, a zaproponowany przeze mnie zastępczy konkurs polegający na rzucaniu rozżarzonym węglem nabieranym za pomocą ust, nie spotkał się z należytym zainteresowaniem.



Dużo cieplej (i to dosłownie) zostały przyjęte rozgrzewające lekcje aerobiku (udało mi się poprowadzić dwie odsłony). Ta impreza została stworzona w prawdziwie kolektywny sposób, każdy dorzucił tam coś od siebie: zimne ognie, kubeczki, talerzyki, kiełbaski, ogromny chleb, lornetkę, dokumentację foto i wideo, mniej lub bardziej dziwne pomysły.













Po północy odwiedził nas pan ochroniarz, ale nie miał nic przeciwko temu, że tam jesteśmy. Opowiedział nawet kilka ciekawostek o tutejszym wysypisku. Resztki węgla posłużyły jako materiał palny do ogniska, w które z czasem zamienił się grill.



W pewnym momencie impreza dobiegła końca i trzeba było powrócić do cywilizacji. Wojtek zaproponował wyprawę torami, na których kiedyś kręcił film i w związku z tym wiedział, że pociąg jeździ tam dwa razy na dobę. Ruszyliśmy więc w przeciwnym kierunku niż ten, z którego przyszliśmy. Trzeba przyznać, że dopiero wtedy dało się poczuć nieprzyjemne zapachy (maseczki się przydały).



Idąc drogą, która wiła się serpentynami po wielkiej górze śmieci, dotarliśmy w końcu na torowisko. Tam pojawiły się różnice zdań, w efekcie których w grupie nastąpił rozłam. Nastał czas pożegnań, a następnie ekipa pod wodzą Pinka ruszyła w kierunku Młocin, a druga, kierowana przez Wojtka (do której się przyłączyłem), w kierunku przeciwnym.
Spacer po torach w chłodzie, drobne przeszkody w trakcie (pies idący po torach, wycie dochodzące z pobliskiego lasu, niepewność, co do tego, gdzie właściwie jesteśmy), poszukiwania odpowiedniego autobusu, a później długie oczekiwania na jego przyjazd, brak taksówek na centralnym, dalsza jazda innym autobusem – innymi słowy, droga powrotna była wycieńczająca, ale ciekawa, a satysfakcja z wejścia pod ciepłą kołdrę i zaśnięcia - przeogromna.
Nie przypominam sobie, kiedy ostatnio zasnąłem w Nowy Rok ledwo po godzinie trzeciej. Bawiłem się jednak lepiej niż myślałem, bez zbędnego ciśnienia, w sposób nietypowy i w gronie fajnych osób, więc niech to będzie dowodem na to, że liczy się jakość, a nie ilość.
Trash the Old Year Party okazało się przepiękną imprezą, prawdziwą legendą warszawskich wysypisk śmieci. To naprawdę dobry sposób na zakończenie roku 2009 i rozpoczęcie 2010.



semp 2010-01-01 23:59:59
skomentuj (2)

Ostatnie przygotowania
Nawet sobie nie wyobrażacie, jak trudno jest zdobyć jednorazowego grilla, choć jeszcze jakiś czas temu widziałem je w tylu miejscach. Zaczynam podejrzewać, że może mieć to związek z porą roku i faktem, że grillowanie w Sylwestra nie jest najpopularniejszą rozrywką Polaków. Po cichu liczę też na to, że równie mało popularne jest spędzanie nocy na wysypisku śmieci, więc są szanse, że nie będzie tam tłumów ani stania w kolejkach.
Oczywiście bardzo chętnie wbiłbym w górę śmieci kilka pochodni, co by dodać uroczystości dodatkowego klimatu, ale nie chciałbym, żeby ogień nas zdradził, a ochrona wysypiska nas z niego wyprosiła. Tak więc pochodni nie będzie. Nie będzie też maski weneckiej, której zakup przez chwilę rozważałem, ale oburzyła mnie skandaliczna jak za taki kawałek plastiku cena 25 zł i nie chodzi tylko o to, że wolę tę kasę przeznaczyć na inne rzeczy, ale także o fakt, że czułbym się bardzo wycyckany kupując coś takiego za taką cenę. Innymi słowy, nawet jeśli znalazłbym taką sumę na chodniku, to wolałbym ją wydać na striptiz tresowanych jamników (który – muszę to podkreślić – nie sprawia mi przyjemności), niż na nieadekwatnie wycenioną maskę, bo później za każdym razem, gdy o poranku patrzyłbym w lustro, mając ją akurat na twarzy, przypominałbym sobie, jakim to musiałem być frajerem, żeby przeznaczyć tę kasę na coś takiego.
Tak więc migoczących pochodni wbitych w góry śmieci oraz weneckiej maski na tle księżyca nie będzie. Ale dobrze, że już o tym księżycu wspominam, bo mamy dziś nie tylko pełnię, ale także częściowe zaćmienie, tak więc będzie astromagicznie. Może być też praktycznie, bo każdy z zaproszonych gości może zabrać ze sobą swoją prywatną torbę ze śmieciami i przy okazji ją tam wywalić, jeśli tylko ma na to ochotę. Takie łączenie przyjemnego z pożytecznym (czyli imprezowania z wyrzucaniem śmieci, a nie odwrotnie).
Goście przybędą ze wszystkich stron miasta, a być może także spoza niego, gdyż spontaniczny przyjazd na naszego grilla rozważa też pewien człowiek ze Śląska, którego jeszcze nigdy na oczy nie widziałem, ale wiem, że czytuje mojego bloga i właśnie na nim znalazł informację o tym wydarzeniu. To niewiarygodne, że impreza wymyślona i zapowiedziana na dzień przed Sylwestrem, jest w stanie spotkać się z takim zainteresowaniem. Są maile, komentarze i wiadomości na Facebooku, a także telefony i smsy. Wiele osób informuje, że nie przyjdzie ze względu na inne plany, ale wyraża swoje głosy poparcia dla tego pomysłu. Inni doceniają absurdalność przedsięwzięcia, jednak dają do zrozumienia, że mimo wszystko wolą trzymać się z dala od niego. Przykładowy cytat z maila: „Długo nad tym pomysłem dumałeś? :D Jest jak z koszmaru. :D Lubisz koszmary?”. Na co odpowiadam: „Lubisz grilla? To wpadaj. :D”. A po chwili dostaję odpowiedź: „Nawet gdybym miała siedzieć sama i przymulać przed TV, poważnie bym się zastanawiała czy mróz i wysypisko jest przyjemniejszą opcją. :P :P :P A ja baaaardzo nie lubię siedzieć sama przed TV. :))) No nic, mam już plany sylwestrowe, więc tym razem się nie skuszę, ale kto wie, może za rok. :P”. Nie ukrywam, że traktuję tę odmowę jako komplement, choć nigdy nie chciałem być kontrowersyjny jak Madonna. A skoro już o muzyce mowa, to wbrew pozorom nie będziemy tam słuchać trash metalu.
Z braku grilla jednorazowego, zdecydowałem się kupić wielorazowy, ale taki najtańszy. Pani siedząca przy kasie sklepu z materiałami budowlanymi, dekoracyjnymi oraz akcesoriami ogrodowymi spojrzała na mojego grilla i powiedziała: „Boże, jak jest zimno”. Tak, mam świadomość tego, że 31 grudnia nie jest to najczęściej wybierany produkt. Pani zapytała się, gdzie to będzie, więc odpowiedziałem, że na dworze. W sumie to prawda, bo przecież nie w mieszkaniu. Chciałem jej oszczędzić szczegółów związanych z wysypiskiem śmieci. Czułem, że to i tak jest dla niej już całkiem sporo.
Swoją drogą hipermarkety w ostatni dzień roku to całkiem ciekawy widok. Tłumy ludzi kupujących szampana i sztuczne ognie. Pchałem swój wózek przez alejki Auchan, a tam co chwila jakieś korki, ludzie i ich wózki porozrzucane chaotycznie w alejkach. Po prostu nie da się przejechać bez ciągłej jazdy slalomem. Właśnie wtedy przypadkowo odkryłem metodę, która jest naprawdę skuteczna. Wystarczy pchać wózek bardzo mocno i przesuwać się do przodu z wyraźnie większą prędkością niż inni. Do tego należy patrzeć się beztrosko w sufit (ukradkiem zerkając przed siebie, żeby na kogoś nie wpaść) i unikać spojrzeń innych ludzi. Sprawiamy wtedy wrażenie kogoś, kto nie za bardzo przejmuje się tym, że kogoś rozjedzie albo w coś przywali. To pomaga i wszyscy albo się rozstępują, albo nie wpychają się pod nogi. Być może moja metoda jest mniej skuteczna niż przemierzanie sklepu w splamionym krwią białym stroju, metalowej masce na twarzy i z piłą mechaniczną w ręku (nawet, jeśli owa piła jest wyłączona), ale na pewno jest to sposób cieszący się większą aprobatą społeczną. Rzeczą lubianą przez ludzi są też wszelkie promocje, a narodzin jednej z nich byłem świadkiem, gdy nagle z radiowęzła rozległ się komunikat: „Przez najbliższe 20 minut rabat na wszystkie półbuty męskie”. Zaobserwowałem wtedy przyspieszone przemieszczanie się osobników męskich (w mniejszym lub większym stopniu męskich) w poszukiwaniu właściwej alejki. Jako osoba zaznajomiona z podstawami fizjologii i etologii, pozwolę sobie ochrzcić to zjawisko mianem promotaksji. Na własne oczy widziałem, jak biegali pomiędzy półkami. Z pewnej odległości wyglądało to dosyć komicznie i być może było nawet bardziej zabawne od telefonów, które jakiś desperat wykonywał dzień wcześniej do różnych sklepów, pytając o jednorazowe grille.
Jest jeszcze kwestia drinka. Zaanonsowałem go jako „Uroki wysypiska” i rzeczywiście nie jest on fikcją, tylko faktem w płynie. Zaprojektowałem nawet specjalną etykietę (w stylu etykiety zastępczej), która zostanie przyklejona na butelkę. Drink charakteryzuje się bukietem smaków specjalnie dobranym na potrzeby tego wydarzenia. Jego estetyka nawiązuje do konwencji wysypiska, gdzie wszystko – piękne i brzydkie, drogie i tanie, znane i nieznane - ląduje dokładnie w tym samym miejscu i staje się semantyczną jednością pod postacią śmiecia. Te wszystkie desygnaty! Bezkresne pole tak różnych obiektów, a jednak sprowadzonych do tego samego. Patrząc w rozświetlone pełnią księżyca niebo, otoczeni górami tego, co już było, w zadumie poprawiając krawaty i czekając, aż grill się rozpali, możemy pić tylko jedną, jedyną rzecz – „Uroki wysypiska”, czyli zniekształconą i sprowadzoną do poziomu śmiecia wersję czegoś eleganckiego. Drink stworzony na podstawie Mimozy, pierwotnie serwowanej w 1925 roku w hotelu Ritz w Paryżu, mieszanki szampana z sokiem z pomarańczy, wzbogacony został o wszystkie te niepotrzebne składniki, takie jak odrobina whisky, kilka kropel wódki, wyciskany sok z cytryny, odrobina cukru – wszystko oczywiście w rozsądnych proporcjach, tak, żeby oryginalny trunek był wciąż rozpoznawalny, lecz nieco skażony atmosferą składowiska odpadów. Niech ci, którzy dotrą na „Trash the Old Year Party”, rozkoszują się nim, kontemplując niebo rozświetlone gwiazdami i sztucznymi ogniami, a później niosą wieść o tym niezwykłym trunku w świat i niech stanie się on symbolem wszystkich śmietników, wysypisk odpadów komunalnych, wylewisk odpadów ciekłych, a także zwałowisk mas ziemnych.

semp 2009-12-31 14:49:54
skomentuj (3)

P
Miałem problem z literą P. Nie chciała się pojawić na ekranie. Po prostu klawisz nie chciał chodzić tak, jak powinien. Wielokrotnie naciskałem literę O, żeby zobaczyć, czy jakieś śmieci nie zebrały się pod P, ale niczego niezwykłego tam nie widziałem, tylko drobiazgi, takie, jakie tkwią w klawiaturze każdego normalnego człowieka. Jeśli uważasz, że twoja jest krystalicznie czysta, to lepiej spójrz na nią już teraz i zajrzyj sobie w te przerwy między klawiszami. W każdym razie za namową kumpla zdecydowałem się usunąć klawisz z literą P i zobaczyć, co takiego się tam dzieje.
Robiłem to z lekką niepewnością, ponieważ nie chciałem czegoś popsuć. Z normalnych klawiatur wyciągałem przyciski już wiele razy, miałem w tym wprawę, lubiłem to, ale nie do tego stopnia, żeby robić to dla relaksu. Z kolei takie klawiatury laptopowe to zupełnie inna bajka. Filigranowe guziczki na cieniutkich blaszkach wydają się być tak delikatne, że gdy rozważam majstrowanie przy nich, od razu przypominam sobie, dlaczego moim życiowym powołaniem nie jest opieka nad noworodkami. Jeśli nie przemawia do was to porównanie, to zastanówcie się, z jakiego powodu nie przelewam kwasu z probówek do probówek nad twarzami pięknych modelek, choć gdybym chciał, to przecież bym mógł, ale szybko bym tego pożałował, a one tym bardziej. A jeśli nie jesteście wrażliwi na zapach kwasu wyżerającego tkankę, to już nie mam dla was innej metafory, więc w takim wypadku pogadajcie sobie z kimś, kto wam wytłumaczy, o co mi chodzi.
W każdym razie wyjąłem literę P, ale nie znalazłem pod nią niczego niezwykłego. Tyle samo włosów co pod innymi. Żadnej rozumnej cywilizacji. Kumpel stwierdził, że gdy on czyścił swoją, to wszystko, co się tam nazbierało przez 2 lata prawie go zaatakowało. Pogrzebałem trochę pęsetą (dobrze mieć scyzoryk!), wyjąłem wszystko i wywaliłem, a klawisz nadal nie chciał chodzić płynnie. Dopiero wtedy dostrzegłem, że w mechanizmie, który znajdował się pod przyciskiem utknął jakiś drobny obiekt w kolorze piaskowym. Był bardzo twardy i nie dało się go wyjąć zbyt łatwo, ale w końcu się udało. Postanowiłem przyjrzeć mu się bliżej, ale jedyne skojarzenia, jakie przychodziły mi do głowy to kawałek łupiny orzecha albo jakiś mały kamyczek, ale jedno i drugie wydawało się równie absurdalne i niemożliwe, bo niczego takiego nie miałem wokół siebie.
Dopiero po chwili dotarło do mnie z czym mam do czynienia. Było to coś, co rzeczywiście mogło się tam znaleźć, ponieważ gdy wczoraj grzebałem na półce, kilka rzeczy mi się przy tym rozsypało, a jedna z nich najwyraźniej upadła na klawiaturę komputera.
Był to kamień z Morza Martwego.

semp 2009-12-31 10:31:18
skomentuj (0)

Trash the Old Year Party
W ramach corocznej dziwnej opcji sylwestrowej, 31 grudnia 2009 zapraszam na grillowanie na górce będącej pozostałością po wysypisku śmieci. Spotykamy się o godzinie 22:30 na stacji metra Marymont, a później razem ruszamy na wyprawę na górę, z której będziemy mogli podziwiać fajerwerkowo-noworoczną panoramę Warszawy (oraz budynek wciąż czynnej spalarni śmieci). Zapewniam jednorazowego grilla oraz pewną ilość maseczek przeciwpyłowych, co by się przyjemniej jadło. Drinki oraz jedzenie we własnym zakresie. Impreza otwarta, zapraszam, kontakt ze mną. Stroje wieczorowe nie są wymagane, ale dla każdej osoby, która będzie miała na sobie krawat, welcome drink „Uroki wysypiska” gratis (i to nie jest żart). RSVP.

semp 2009-12-30 12:29:37
skomentuj (0)

Życzenia
Spokojnych Świąt oraz harmonijnego Nowego Roku 2010!

semp 2009-12-23 16:46:21
skomentuj (0)

Dziwna przygoda dentysty *
  O poranku ptak wypadł z gniazdka!
  Obudziło mnie coś, co brzmiało jak stukot, jednak gdy przebudziłem się już całkowicie, dotarło do mnie, że istoty będące zlepkiem stu kotów istnieją wyłącznie w snach, a o tym dziwnym stworze śnię ostatnio codziennie, co nie jest rzeczą normalną, ale zapewne dzieje się tak dlatego, że od jakiegoś czasu zbyt długo sypiam.
  Tak więc to nie stukot, tylko ptak, który wypadł z gniazdka! Podszedłem bliżej kontaktu i zauważyłem, że obok ptaka leżał wypchnięty kabel. W tym momencie doznałem deja vu.
  Zjawisko to dopadało mnie ostatnio nader często. Tego też nie jestem w stanie wytłumaczyć. Spojrzałem na swojego psa, który wyglądał zadziwiająco dobrze, a nie przypominam sobie, żebym go ostatnio karmił. Znowu spojrzałem na gniazdko i natychmiast zadzwoniłem do energetycznego dostawcy (zawsze tak robię, gdy dzieją się tego typu rzeczy).
  Ów dostawca pizzy był moim dobrym znajomym, który oprócz dynamizmu charakteryzował się posiadaniem telefonu do mojego dostawcy energetycznego. Ostatnio proszę go o ten numer dosyć często.
  Od razu zadzwoniłem z reklamacją (który to już raz?) i zarządałem usunięcia ptaka, ale mój rozmówca na dzień dobry mnie ochrzanił (jak zwykle!), że znowu do niego dzwonię, a później stwierdził (ze znudzeniem w głosie, zupełnie jakby powtarzał to już dziesiątki razy), że choć także i tym razem jego wina jest niezaprzeczalna, to jednak znowu nie jest ona na tyle wielka, żeby w ramach kary miał poddać się kastracji. Ponadto zażyczył sobie, żebym następnym razem już go o to nie prosił.
  Dostawca energii obiecał, że za chwilę przyśle wóz. Skubany, wiedział, że jestem miłośnikiem modelarstwa i po raz kolejny zaproponował mi tego typu łapówkę, ale ja jak zwykle odmówiłem, choć nie ukrywam, że po części dlatego, że moja kolekcja to przede wszystkim samoloty, a nie wozy. Nie widząc sensu prowadzenia tej rozmowy dalej, pan Hieronim Skubany rozłączył się.
  Jeszcze przez kilka minut słuchałem dochodzących ze słuchawki dziwacznych, dobrze mi znanych odgłosów i po raz kolejny stwierdziłem, że to słowo idealnie określa dźwięki wydawane przez faceta ochoczo biegającego po łące. Cholerna telefonia mobilna. Skubany jest nienormalny, skubany.
  Odłożyłem słuchawkę i ze Zdziwieniem (tak nazywa się mój pies) zauważyłem, że ptak zniknął w niewyjaśnionych okolicznościach!
  Wetknąłem więc ponownie przewód w gniazdko i poszedłem spać, a spałem długo, bo prawie 24 godziny. Przyśnił mi się stukot.
  O poranku ptak wypadł z gniazdka!
  Obudziło mnie coś, co brzmiało jak stukot, jednak gdy przebudziłem się już całkowicie, dotarło do mnie, że istoty będące zlepkiem stu kotów istnieją wyłącznie w snach, a o tym dziwnym stworze śnię ostatnio codziennie, co nie jest rzeczą normalną, ale zapewne dzieje się tak dlatego, że od jakiegoś czasu zbyt długo sypiam.
  Tak więc to nie stukot, tylko ptak, który wypadł z gniazdka! Podszedłem bliżej kontaktu i zauważyłem, że obok ptaka leżał wypchnięty kabel. W tym momencie doznałem deja vu.
  Zjawisko to dopadało mnie ostatnio nader często. Tego też nie jestem w stanie wytłumaczyć. Spojrzałem na swojego psa, który wyglądał zadziwiająco dobrze, a nie przypominam sobie, żebym go ostatnio karmił. Znowu spojrzałem na gniazdko i natychmiast zadzwoniłem do energetycznego dostawcy (zawsze tak robię, gdy dzieją się tego typu rzeczy).
  Ów dostawca pizzy był moim dobrym znajomym, który oprócz dynamizmu charakteryzował się posiadaniem telefonu do mojego dostawcy energetycznego. Ostatnio proszę go o ten numer dosyć często.
  Od razu zadzwoniłem z reklamacją (który to już raz?) i zarządałem usunięcia ptaka, ale mój rozmówca na dzień dobry mnie ochrzanił (jak zwykle!), że znowu do niego dzwonię, a później stwierdził (ze znudzeniem w głosie, zupełnie jakby powtarzał to już dziesiątki razy), że choć także i tym razem jego wina jest niezaprzeczalna, to jednak znowu nie jest ona na tyle wielka, żeby w ramach kary miał poddać się kastracji. Ponadto zażyczył sobie, żebym następnym razem już go o to nie prosił.
  Dostawca energii obiecał, że za chwilę przyśle wóz. Skubany, wiedział, że jestem miłośnikiem modelarstwa i po raz kolejny zaproponował mi tego typu łapówkę, ale ja jak zwykle odmówiłem, choć nie ukrywam, że po części dlatego, że moja kolekcja to przede wszystkim samoloty, a nie wozy. Nie widząc sensu prowadzenia tej rozmowy dalej, pan Hieronim Skubany rozłączył się.
  Jeszcze przez kilka minut słuchałem dochodzących ze słuchawki dziwacznych, dobrze mi znanych odgłosów i po raz kolejny stwierdziłem, że to słowo idealnie określa dźwięki wydawane przez faceta ochoczo biegającego po łące. Cholerna telefonia mobilna. Skubany jest nienormalny, skubany.
  Odłożyłem słuchawkę i ze Zdziwieniem (tak nazywa się mój pies) zauważyłem, że ptak zniknął w niewyjaśnionych okolicznościach!
  Wetknąłem więc ponownie przewód w gniazdko i poszedłem spać, a spałem długo, bo prawie 24 godziny. Przyśnił mi się stukot.
  O poranku ptak wypadł z gniazdka!
  Obudziło mnie coś, co brzmiało jak stukot, jednak gdy przebudziłem się już całkowicie, dotarło do mnie, że istoty będące zlepkiem stu kotów istnieją wyłącznie w snach, a o tym dziwnym stworze śnię ostatnio codziennie, co nie jest rzeczą normalną, ale zapewne dzieje się tak dlatego, że od jakiegoś czasu zbyt długo sypiam.
  Tak więc to nie stukot, tylko ptak, który wypadł z gniazdka! Podszedłem bliżej kontaktu i zauważyłem, że obok ptaka leżał wypchnięty kabel. W tym momencie doznałem deja vu.

semp 2009-12-23 16:35:16
skomentuj (2)

Blip
Wczoraj zacząłem odkrywać uroki mikroblogowania za pośrednictwem Blipa, czyli polskiego Twittera. Konto założyłem tam prawie na samym początku funkcjonowania serwisu (testowy wpis o treści ":)" datowany jest na 7 czerwca 2007 09:18), jednak od tamtej pory właściwie go nie używałem.
Jeśli kiedykolwiek rozważałem wykorzystanie tego typu narzędzia, to bardziej z ciekawości, niż z powodu perspektyw praktycznego wykorzystania. Na przykład kilka tygodni temu chciałem założyć konto na Twitterze i w ramach eksperymentu przez miesiąc pisać z poziomu iPhone'a. Szybko jednak zrezygnowałem z tego pomysłu.
Do Blipa wróciłem na nowo wczoraj, gdy dowiedziałem się, że jest możliwość zsynchronizowania blipów i opisów na Gadu Gadu. Dodajmy do tego możliwość podpięcia Blipa pod Facebooka i nagle okazuje się, że pisząc tekst w jednym miejscu, jesteśmy w stanie jednocześnie zmienić opis na GG, dodać informację na Facebooku i ustawić Blipa. Wygodne dla kogoś takiego jak ja, kto jeszcze do niedawna chcąc mieć to samo na GG, FB i Gronie, musiał męczyć się z ręcznym zmienianiem wszystkiego. Mój iPhone jest póki co w serwisie, ale w połączeniu z odpowiednią aplikacją (choć można też po prostu wysłać SMS), ten cały Blip może okazać się całkiem potężnym narzędziem, dobrze dopasowanym do moich potrzeb. Na Semplogu zrobiłem już miejsce na zapiski z Blipa (będzie je można czytać w kolumnie po prawej), a blipowanie planuję rozpocząć wraz z początkiem przyszłego roku.
Dotychczas wydawało mi się, że nie rozumiem tej całej manii twitterowania, bo wolałem napisać jeden porządny post na bloga, niż kilka krótkich, jednozdaniowych tekścików, ale w kontekście tego, co działo się wczoraj, doszedłem do wniosku, że tak naprawdę mikrobloguję od lat, choć nigdy nie nazywałem tego w ten sposób! Otóż na wiele lat przed narodzinami mikroblogowania, zainstalowałem sobie komunikator Gadu Gadu, a jakiś czas później odkryłem jego funkcję, jaką są opisy. Każdą zmianę statusu odnotowywałem w stosownym miejscu i w ten sposób dziś dysponuję przeogromną bazą własnych opisów, sięgającą aż do roku 2002. W chwili, w której piszę te słowa, mamy poniedziałek 21 grudnia 2009, godzinę 20:28. Jestem w stanie sprawdzić, jaki opis miałem kilka lat wstecz, tego samego dnia roku, o tej samej godzinie. Zobaczmy więc!

21.12.09 17:13 LAP | (141)
www.skocz.pl/ktu2 | www.skocz.pl/sw2009 | Te linki to już tradycja ;)

20.12.08 23:55 98 | (178)
Maciej B is back in town

31.12.06 19:53 98 | (152)
To jest mój 152 i ostatni opis w 2006 roku :)

20.12.06 21:59 98 | (149)
Chillout day :)

21.12.05 00:37 LAP
Casting na 3+

20 XII 2004 13:00 XP
Tanz Mit Laibach

21 grudnia 2003 09:11
Jest pozytywnie

17 grudnia 2002 20:22
Teleturniej na kanale 125 rządzi :-)

Jeśli ktoś jest ciekaw, co to za liczby w nawiasach, to jest to numer kolejnego opisu w danym roku. Kiedyś zacząłem zapisywać, żeby zobaczyć, ile tego właściwie się przewija. Oznaczenia LAP, 98 oraz XP informują, z którego komputera była dokonywana zmiana opisu. Data, to data ustawienia, a godzina, to godzina ustawienia. Jak widać, w roku 2007 wcale nie zmieniałem opisu, stąd 21 grudnia 2007 wciąż widniał na moim profilu opis z 31 grudnia 2006. Prowadzenie takiego loga w sposób ręczny wymagało sporej determinacji, ale było warto, bo teraz mogę prześledzić swoje opisy na kilka lat wstecz. No i jakby nie było, mogę pochwalić się jednym z najstarszych mikroblogów na świecie. ;)







semp 2009-12-21 23:59:59
skomentuj (0)

Sekrety, tajemnice, intrygi...
Pomysł był taki, żeby nikomu nie mówić. Na początku dowiedziało się o tym zaledwie kilka osób. Na pewno wiedziały Julia i Ania, z którymi spotkałem się bezpośrednio przed obroną. Później kilka osób wpadło na mnie zaraz po, więc się domyśliły. Nie chciałem kłamać, ale mogłem pozwolić sobie na udzielanie nieprecyzyjnych informacji, a już na pewno nie mówiłem o tym nikomu wprost. Antek zauważył mnie, gdy robiłem sobie pamiątkowe zdjęcia z kwiatami, jeszcze przed ogłoszeniem wyników. Ewa była następna w kolejce do obrony, więc też nie było sensu zaprzeczać temu, co oczywiste. Ulę spotkałem pod dziekanatem i choć miałem na sobie garnitur, to jednak udało mi się uniknąć podejrzeń. Niektórzy domyślili się w czym rzecz, a inni nie, ale na szczęście wszystkich, którzy się dowiedzieli, można było policzyć na palcach jednej albo góra dwóch rąk. Sekret pozostał sekretem, a ja nie planowałem tego zmieniać. Byłem ciekaw, kiedy wszystko zmieni się samo. Na Facebooku i GG ustawiłem opis „15.12.2009 10:00”.
Kilka osób oznaczyło, że to lubi (przycisk „like” na Facebooku). Jeden komentujący zapytał się innych, czy też zauważyli, że suma tych cyfr pomnożona przez 9 daje aż 189. Jedna osoba stwierdziła, że ta data jest dla niej znacząca. Kolejna pogratulowała, następna także, jeszcze kolejna napisała, że chyba raczej 10:04, co następna skomentowała słowem mistrz. I choć nie planowałem udzielać się w tym temacie, to nie wytrzymałem i musiałem odpisać Ani „10:04... bardzo śmieszne ;P”. Następna osoba stwierdziła, że skoro już wie, to gratulacje. Później pojawiło się pytanie o to, czy znowu zostałem ojcem, a następnie kolejne gratulacje. Kolejny komentarz to pytanie za co te gratulacje. W następnym odzywa się zdezorientowana dziewczyna z Hong Kongu. Jako, że pewnie nie będzie miała innej okazji, żeby się dowiedzieć, to postanowiłem ją wtajemniczyć na facebookowym czacie. Gdy dowiedziała się, jaki jest mój plan, to dla podsycenia atmosfery także mi pogratulowała poprzez wpis na ścianie. Następnie pojawił się niewtajemniczony człowiek, który zaczął wyjaśniać dziewczynie z Hong Kongu, że ta data i godzina nic nie znaczą i zostały umieszczone wyłącznie dla funu. Autor tego komentarza napisał tak zapewne dlatego, że jakiś czas wcześniej mieliśmy ciekawą rozmowę na ten temat. Otóż Radek był tak bardzo zdeterminowany, żeby dowiedzieć się w czym rzecz, że nawet w Facebookowym statusie ustawił sobie następujący tekst: „Czy ktoś wie co się wydarzyło 15 grudnia 2009 r. o godzinie 10:00? Dodam, że dotyczy to Sempa. W nagrodę stawiam dowolnie wybrany browar.”. Podczas rozmowy stwierdziłem, że jest w tym pewna pułapka, bo przecież nagrodę może zgarnąć pierwsza osoba, która zdecyduje się coś ściemnić. To może być ktoś, kto nic nie wie, a napisze coś, żeby zgarnąć nagrodę. Mało tego, ja sam mogę zgłosić się do kogoś, powiedzieć, żeby ta osoba napisała coś w miarę wiarygodnego i podzieliła się ze mną browarem. A może to wszystko było ukartowane i teraz to ja napiszę pytającemu o co chodzi, a to wszystko tylko po to, żeby zgarnąć browara!
Wkrótce informacja zaczęła się rozprzestrzeniać, choć wszyscy, którzy zaczęli domyślać się czegoś z opisu na Facebooku i GG mogli zostać w bardzo prosty sposób sprowadzeni na inny tor myślenia. Wystarczyło napisać, żeby wstawili sobie analogiczny opis z jakąś datą i godziną, a później obserwowali reakcje ludzi. W żadnym momencie nie dopuściłem się kłamstwa, a jednak ludzie automatycznie zaczynali myśleć, że ja także postąpiłem właśnie w taki sposób, a tajemnicze liczby nic nie znaczą. Wieść jednak rozchodziła się dalej. Kilka razy postanowiłem nie zaprzeczać i przyznałem rację tym, którzy odgadli. Kilka innych osób dowiedziało się z drugiej ręki. Szczególnie ciekawie sprawa wyglądała z Olą, która dowiedziała się wszystkiego od Ani, ale obiecała, że nie nikomu nie powie. Wydało się jednak w momencie, w którym mi pogratulowała, a gdy zapytałem skąd wie, to pociesznie się speszyła, zaczęła się zwijać i mówić, że nie może powiedzieć... Nie może, nie może, bo komuś obiecała, że nie będzie o tym mówić, ale się jej wymsknęło... Podobno chciałem, żeby to się nie rozchodziło dalej. Jak mogłem zareagować w takiej sytuacji, chcąc poznać drogę, jaką rozprzestrzeniała się informacja? Zaśmiałem się i powiedziałem, żeby nie żartowała, bo dlaczego niby miałbym chcieć tego nie rozpowszechniać? Na pewno jej coś się pomyliło, więc niech powie kto to... I w tym momencie Ania została wsypana.
Mijały kolejne dni, a moją tajemnicę poznawały kolejne osoby. Kasia dowiedziała się ode mnie podczas wernisażu, a Robert dowiedział się od Kasi. Skoro Robert już wie, to podejrzewam, że Adam także. Kilka innych osób być może też już się domyśliło, ale jeszcze nie zdążyły mi o tym powiedzieć. Co ciekawe, nikt z rodziny jeszcze nie wie. Trudno powiedzieć, jak rozchodzą się wieści i kto dysponuje jakimi informacjami. Jeszcze trudniej stwierdzić, dlaczego właściwie rozegrałem to w taki dziwny sposób. Chyba po prostu dlatego, że lubię tajemnice i uwielbiam zaskakiwać, a niedopowiedzenia i sekrety stały się już częścią mnie, zaczęły definiować to, kim jestem. Jak więc mógłbym tak po prostu ogłosić światu, że stałem się magistrem psychologii?

semp 2009-12-21 01:52:31
skomentuj (0)

15.12.2009 10:00
Niestety, dotarłem dopiero na 10:04, ale na szczęście komisja nie była jeszcze w komplecie. Bieg na ostatnią chwilę sprawia, że człowiek przestaje stresować się kwestiami merytorycznymi. Innymi słowy, paradoksalnie w momencie wejścia na obronę byłem zadziwiająco zrelaksowany, bo po prostu cieszyłem się, że jestem tam, gdzie mam być. Rozmawiało mi się bardzo przyjemnie, aż nie chciałem wychodzić. Całość trwała nieco ponad dziesięć minut i o 10:21 byłem znowu przed salą, gdzie przejąłem kwiatki, które zamówiłem dzień wcześniej w kwiaciarni, ale po które już nie zdążyłem pójść. Na szczęście z odebraniem ich pomogły mi dwie osoby, którym jestem za to bardzo wdzięczny (dzięki Ania & Julia). Po chwili zostałem ponownie zaproszony do środka, więc wziąłem ze sobą kwiatki, co członków komisji nieco rozbawiło, ponieważ zazwyczaj daje się je dopiero po ogłoszeniu wyników. Obrona przebiegła w bardzo przyjemnej atmosferze, a wraz z jej końcem kwestia pracy magisterskiej została ostatecznie zamknięta.



semp 2009-12-15 23:59:59
skomentuj (1)

It's Semp time on Hel (lepiej późno niż wcale)
Nie ma to jak szybki wypad nad morze i to w grudniu. Wyjazd jednego dnia, powrót następnego. Ale zdjęcie jest!



semp 2009-12-11 23:59:59
skomentuj (1)

Nocne Marki 2009


semp 2009-12-04 23:59:59
skomentuj (2)

5 lat później
Mniej więcej pięć lat temu, kiedy z jakiegoś powodu byłem w dziekanacie swojego wydziału, zauważyłem studenta piątego roku, który oddawał indeks. Panie w dziekanacie były bardzo zaskoczone tym, w jak dobrym stanie był jego indeks. Ponoć bardzo rzadko zdarza się, że po tylu latach wciąż wygląda jak nowy. Postanowiłem być jeszcze lepszy niż ten gość i po pięciu latach zaskoczyć panie ponownie. Obłożyłem indeks w twardą okładkę i obchodziłem się z nim tak delikatnie, jak to tylko możliwe. Dziś – w dzień oddawania pracy magisterskiej i pozostałych niezbędnych dokumentów - zdjąłem z indeksu twardą okładkę i choć miał kilka plamek, to nadal wyglądał prawie jak nowy. Byłem perfekcyjnie przygotowany. Wszystko zrobiłem dokładnie tak jak trzeba – wydruk pracy magisterskiej (poprawnie sformatowanej), obiegówka z różnymi pieczątkami, zdjęcia, indeks, karty egzaminacyjne, oceny i przedmioty wprowadzone do systemu komputerowego w sposób zgodny z wymaganiami. Co prawda pani w dziekanacie nie powiedziała nic na temat mojego niezwykle zadbanego indeksu, ale była pod wrażeniem ogólnego przygotowania. Wszystko odbyło się w przyjemnej atmosferze. Satysfakcja z napisanej i złożonej pracy magisterskiej to jedno, a atmosfera w jakiej to wszystko się odbywało to drugie. Pozytywny plan został zrealizowany.

semp 2009-12-02 12:01:07
skomentuj (6)

Nazwisko podobne do pani architekt
Zahaa Hadzid chyba nie był dobrym człowiekiem. Ten arabskiego pochodzenia kierowca autobusu miał czarne wąsy i był dosyć gruby. Wiózł nas przez ulice odległego miasta, gdzie wszystko wokół było koloru piaskowego. Zahaa Hadzid swoją nieuprzejmością denerwował mnie do tego stopnia, że naprawdę chciałem, żeby coś mu się stało. Gdy pojazd się zatrzymał, po raz kolejny spojrzałem na niego złowrogo. Patrzyłem, jak wysiada z tego swojego rozsypującego się autobusu, podczas gdy ja zostałem w środku. Naprawdę, byłoby świetnie, gdyby coś mu się teraz stało. Byłaby to idealna nauczka, o której mógłbym opowiadać innym takim jak on. Słuchaliby tej historii i traktowali ją jako przestrogę, uspokajając się i przestając zachowywać się jak Zahaa Hadzid. Naprawdę, nie miałem dla tego człowieka litości. Wkrótce po tym jak Zahaa Hadzid wysiadł z autobusu usłyszałem jakieś szepty i krzyki. Wyszedłem i zobaczyłem, że kierowca leży na skraju chodnika i ulicy, a inni Arabowie po prostu go mijają, nie zatrzymując się nawet na chwilę. Podszedłem bliżej, chciałem zatrzymać jakiegoś przechodnia, ale mówili, że i tak już nic nie można zrobić. Zahaa Hadzid rzeczywiście nie żył. Dopiero wtedy zrozumiałem, jak złe było to, czego mu życzyłem. Ten denerwujący kierowca autobusu, drobny oszust i materialista, już nigdy nie zrobi użytku z tego wszystkiego, co tak usilnie wyrywał ludziom. I choć Zahaa Hadzid chyba nie był dobrym człowiekiem, a ja zyskałem właśnie najsilniejszy argument w formie idealnej nauczki, to jednak nie miałem sumienia użyć tej wymarzonej mocnej karty przeciw innym takim jak on. Gdy się obudziłem, Zahaa Hadzid nie wydawał mi się już takim złym człowiekiem.

semp 2009-11-30 23:59:59
skomentuj (4)

Problem z rurą
Wczoraj urwała mi się rura. Taka do wieszania ubrań. Nie miałem już czasu nic z tym zrobić, tylko wybiegłem z mieszkania, bo gdzieś się spieszyłem, a jako, że nie spałem tamtej nocy u siebie, to miałem okazję zająć się tym wszystkim dopiero dziś popołudniu. Rura najwyraźniej urwała się z przeciążenia. Pomogłem jej w tym trącając ją ręką. Nieco wyżej wisi druga, identyczna, obciążona znacznie mniejszą liczbą ubrań, więc miałem porównanie i mogłem dostrzec, że ta dolna nie przypomina linii prostej, tylko jakąś nieźle wygiętą... rurę. Wykręciłem zaczep ze ściany, nałożyłem go na urwany sprzęt i zainstalowałem wszystko ponownie. Trzymało się całkiem nieźle. Zacząłem wieszać kolejne koszule i spodnie, przy okazji sortując to wszystko co nieco, przewieszając pewne rzeczy z dołu na górę i z góry na dół. Spodnie obok spodni, koszule z długimi rękawami obok koszul z długimi rękawami, a te z krótkimi obok sobie podobnych. Specjalne miejsce na marynarki, a także na rozmaite dziwne stroje (od oryginalnego japońskiego kimona po biały fartuch zachlapany farbą). Ledwie zdążyłem zaczepić część ubrań, a już rura zerwała się ponownie. Uncool. Znowu wywaliłem wszystko na podłogę, ponownie przykręciłem rurę i zacząłem wieszanie ubrań od początku. Niesamowite było to, że pośród tych wszystkich rzeczy znajdowały się też takie, których kompletnie nie kojarzyłem, a co dopiero mówić o możliwości przypomnienia sobie, że miało się je kiedykolwiek na sobie. O dziwo wiele z nich pasowało na mnie wprost idealnie, choć znalazłem też takie, które były nieco za wąskie w klatce i miały nieco przykrótkie rękawy. Jednak najbardziej zadziwiające były w tym wszystkim liczby! Przedstawię je tutaj, ale od razu z góry uprzedzę, że są dla mnie tak samo zadziwiające i ogromne, jak prawdopodobnie będą dla Was. Nawet nie przypuszczałem, że przez te wszystkie lata człowiek był w stanie uzbierać tyle rzeczy! Osobną kwestią jest to, że niektóre z tych ubrań zakładam kilka razy w miesiącu, a innych nie miałem na sobie od lat (a są i takie, których kompletnie nie kojarzę, więc być może nigdy nie miałem ich na sobie). Nie pytajcie jak to możliwe i o co tutaj chodzi, bo nie wiem.
A teraz liczby (uwaga!):
- prawie 50 koszul (z długim i krótkim rękawem łącznie)
- około 30 par spodni (krótkich i długich)
- ponad 80 t-shirtów
WTF?

semp 2009-11-28 22:31:13
skomentuj (3)

Wmurowanie środka dzielnicy Śródmieście
Trzeba było na to poczekać prawie półtora roku, ale w końcu nadszedł dzień wmurowania środka Śródmieścia. Wykonana z granitu okrągła płyta miała zostać umieszczona na swoim miejscu w piątkowy poranek dnia 27 listopada 2009. Dla mnie było to przede wszystkim zwieńczenie projektu „Ekspedycja do Środka Śródmieścia” z czerwca 2008, którego uczestnicy wyruszyli na poszukiwania tytułowego miejsca, a gdy już udało im się je odkryć, mogli zostawić po sobie ślad, wbijając tam chorągiewkę ze swoim imieniem i nazwiskiem. Wmurowanie rozpoczęło się od krótkiego przemówienia burmistrza Śródmieścia. Wokół zgromadziła się grupka dziennikarzy oraz innych zainteresowanych. Gdy dotarłem na miejsce uroczystość już trwała, więc możliwie dyskretnie zająłem swoje miejsce obok organizatorów. Jako drugi głos zabrał znawca Warszawy, pan Jerzy S. Majewski. W końcu nadszedł czas na kilka słów ode mnie, więc opowiedziałem o grze i zaprezentowałem zgromadzonym kartę gry, na której znajdowała się mapa oraz instrukcje dla graczy. Po kilku minutach burmistrz złożył podpis na liście, który miał zostać ukryty pod płytą. Następnie ja zrobiłem to samo, a później także pozostali uczestnicy. Plastikowa teczka z listem, do której spontanicznie dołożyłem także egzemplarz karty gry, została umieszczony w otworze, a następnie przykryta kawałkiem metalu, na którym ułożono granitową płytę. Za pomocą kompasu została ona zorientowana w taki sposób, żeby wskazywać kierunki świata. Przy okazji okazało się, że w tamtym miejscu najwyraźniej panuje jakaś zadziwiająca anomalia magnetyczna, gdyż kompas kilka razy pokazywał odmienne wskazania. Trochę zdjęć, garść wypowiedzi wyłapanych przez radiowe mikrofony, krótkie wejście na żywo w telewizji - moment wmurowania został zauważony przez media. Po kilkudziesięciu minutach uroczystość dobiegła końca i po jej uczestnikach nie było już ani śladu. Ale na chodniku pozostał kawałek granitu, który od tej pory będzie wskazywał wszystkim, gdzie znajduje się środek dzielnicy Śródmieście.

semp 2009-11-27 23:59:59
skomentuj (1)

Podsumowania
W ostatnim wpisie z roku 2008 wspomniałem o tym, że nie wymyślam postanowień noworocznych. Wiele osób tak robi, ale ja nie. W tym samym wpisie pozwoliłem sobie krótko podsumować rok, który wtedy dobiegał końca. W podsumowaniach jestem chyba lepszy, niż w postanowieniach. Minusem wszelkich podsumowań jest to, że są one pewnym (często znacznym) uproszczeniem i często nie da się w nich zawrzeć wszystkiego, co by się chciało. Gdy tak o tym wszystkim myślę i sobie analizuję, to dochodzę do wniosku, że streszczanie roku jednym zdaniem jest krzywdzące, zniekształcające i bezsensowne, a jednak gdy ktoś rzuci mi liczbę 2005 albo 2006 to przed oczami staje mi jakieś słowo albo zdanie i nic na to nie mogę poradzić.
Rok 2003 był rokiem flash mobów. To ciekawe, bo przecież dowiedziałem się o nich dopiero w listopadzie, a jednak miały na mnie tak duży wpływ, że na cały rok patrzę przez ich pryzmat i nie boję się mówić, że rok 2003 był rokiem flash mobów, choć przecież w rzeczywistości dopiero w kolejnym roku doświadczałem ogromnej liczby tego typu projektów, jednak opisuję go już za pomocą zupełnie innego określenia.
Rok 2004 to rok zmian. Koniec liceum, początek studiów, kompletnie inny styl życia.
Rok 2005 był rokiem konsumpcji kultury i życia. Miejsca, ludzie, wydarzenia. Doświadczanie, tworzenie, walka z rutyną. Czasami byłem pełen zapału i skrajnie radosny, a innym razem sfrustrowany.
Rok 2006 to rok mediów. Gazety, radio, telewizja. Odnajdywanie się w tym wszystkim, nabieranie doświadczenia. To już nie jeden wycinek raz na jakiś czas, tylko prawdziwa lawina, a wszystko w wyniku zwieńczenia poszukiwań nowej jakości i walki z rutyną, jakie miały miejsce w poprzednim roku. Tym zwieńczeniem był projekt Urban Playground, którego stworzenie ukierunkowało mnie nie mniej niż dzień, w którym dowiedziałem się o flash mobach.
Oprócz tego w roku 2006 wpadłem na pomysł przyznawania tytułu osoby roku komuś, kto miał największy wpływ na zmiany zachodzące w moim życiu. W 2006 taką osobą został Marcin O., który zainspirował mnie do poszukiwania harmonii w życiu oraz sprawił, że zacząłem doświadczać internetu (Web 2.0) i komputerów w nowy sposób.
Rok 2007 to rok pracy. Pierwsza etatowa praca od godziny do godziny, dostrzeganie plusów i minusów korporacyjnego trybu życia, realizacja marzenia o rozwoju zawodowym i... refleksja, że to nie wszystko. W końcu dotarłem do miejsca, które marzyło mi się od 2005 roku, kiedy to za wszelką cenę chciałem wylądować w świecie marketingu, reklamy, badań. Praca od poniedziałku do piątku i spoglądanie zza biurka na świat za oknem. Mieszane uczucia. Jestem tu gdzie chciałem być, a jednocześnie czuję, że jest jeszcze tyle innych rzeczy do zrobienia. Zaczynam inaczej patrzeć na czas. Starannie wykorzystuję każdą godzinę po pracy. Gdy w końcu podejmuję bardzo trudną decyzję o porzuceniu po kilku miesiącach tego, co udało mi się zdobyć, otworem staje przede mną świat nowych możliwości. Doświadczanie każdej wolnej chwili, cieszenie się wszystkim na nowo i plany zrobienia czegoś, o czym od zawsze marzyłem – muszę wydać książkę. Czuję się jakby ktoś dał mi wehikuł czasu i pozwolił cofnąć się w przeszłość. Już nie jestem pracownikiem wielkiej firmy. Znowu jestem studentem, tylko, że patrzę na wszystko z nowej perspektywy. Staram się rozegrać wszystko najlepiej jak potrafię. Cieszenie się chwilą, tym, co składa się na studenckie życie i tylko na nie, ale też zdrowy rozsądek, chęć jak najrozsądniejszego wykorzystania czasu wolnego od etatu. Zupełnie tak, jakby ktoś dał mi drugą szansę.
Człowiekiem roku 2007 zostaje mój szef, który pokazał mi, w jaki sposób można podchodzić do kwestii zawodowych i pamiętając o życiowych priorytetach łączyć dystans do pracy z profesjonalizmem. Bez wątpienia między innymi dzięki takiemu podejściu ostatecznie wyrwałem się z wyścigu szczurów. Przestałem myśleć o życiu zawodowym w kategoriach prostej kariery i pięcia się po drabinie stanowisk, odważyłem się odmawiać dobrze płatnych zleceń, jeśli nie były w zgodzie z moimi planami i postanowiłem zrezygnować z jednego marzenia (praca w dobrej firmie), żeby zrealizować inne, znacznie dla mnie ważniejsze (wydanie własnej książki).
Rok 2008 to rok skrajności. Wszystko zmieniało się jak w kalejdoskopie. Działy się rzeczy najlepsze i najgorsze. Nieprzewidywalne pasmo radości i smutków, sukcesów i porażek – cała skala skrajnych emocji.
Człowiekiem roku 2008 zostaje Magda, dzięki której zacząłem inaczej patrzeć na to, co nam się w życiu przytrafia, nauczyłem się na nowo, w odmieniony sposób postrzegać ludzi, to kim są, jakie decyzje podejmują i dokąd one prowadzą. Uczymy się całe życie – naprawdę.
Rok 2009 jeszcze nie dobiegł końca, ale bez wątpienia nazwę go rokiem podróży, zarówno jeśli chodzi o poszukiwanie nowych ścieżek życiowych, jak i podróży w sensie geograficznym (Japonia, Szwajcaria, Chiny, Katowice itd.). Próbowałem zupełnie nowych stylów życia i doświadczeń. Czasem był to początek czegoś nowego, co stawało się integralną częścią mojego życia, a innym razem ślepa uliczka, do której już nie wracałem, jednak za każdym czegoś się uczyłem, coś z tego wynosiłem, zdobywałem doświadczenia i otwierałem się na kolejne możliwości.
Gdybym miał wskazać człowieka roku 2009 to najprawdopodobniej zostałby nim Łukasz, który w styczniu zaprosił mnie do pewnego praskiego lokalu o nazwie Sens Nonsensu na pierwsze spotkanie z cyklu Totutotam, podczas którego planował opowiedzieć o swojej wyprawie w odległe rejony i pokazać kilka zdjęć. Od tej pory jestem tam zawsze, opuściłem jedynie kilka spotkań (ale wtedy akurat sam byłem w podróży), a wszystko to doskonale wpasowało się w myśl przewodnią roku 2009, czyli podróżowanie po nowych życiowych ścieżkach oraz po świecie. Sens Nonsensu stał się cotygodniową przystanią, jednym z takich stałych punktów w harmonogramie, które pozwalają odnaleźć się w życiu pełnym eksperymentów i niezbadanych ścieżek. Kto wie, czy nie było tak, że w związku z tymi wszystkimi nowymi drogami i doświadczeniami, z czwartku na czwartek (a ostatnio z wtorku na wtorek), za każdym razem nie stawałem się nowym człowiekiem na tyle różnych sposobów, bo przecież w ciągu tych siedmiu dni, które dzieliły kolejne spotkania, intensywnie podróżowałem po życiowych ścieżkach. Łukasz zostaje człowiekiem roku nie z powodu tego, że pokazał mi świetny lokal na Pradze oraz niesamowity cykl spotkań odbywający się w nim co tydzień, ale dlatego, że to wszystko było jednym z czynników znajdujących się gdzieś na początku łańcucha przyczonowo-skutkowego, który doprowadził mnie do ciekawego, względnie harmonijnego, ale jednocześnie pełnego poszukiwań życia, jakie toczyłem w roku 2009. Przyjemna rutyna i ekscytujące poszukiwanie nowości - dwie skrajności okiełznane.
Ten rok jeszcze trwa.

semp 2009-11-26 23:59:59
skomentuj (0)

Mgr


semp 2009-11-20 23:31:17
skomentuj (0)

A jednak!
Pamiętacie akcję z piątku trzynastego? Okazało się, że taksówkarz jednak dogonił autobus, tylko nieco dalej, kilka przystanków za tym, przy którym wysiadłem.

semp 2009-11-18 23:57:46
skomentuj (0)

Komórka oddana
A w prezencie od jej właściciela dostałem pół litra Żołądkowej Gorzkiej w wersji „czysta”. Takiej jeszcze nie próbowałem!

semp 2009-11-17 23:59:59
skomentuj (0)

Szósta rocznica WFA
W związku z tą okazją, przez cały dzień nie można było używać sztućców. Na początku o tym nie pamiętałem, więc zjadłem zupę mleczną za pomocą łyżki oraz przekroiłem ziemniaka nożem (przygotowywałem słodkie ziemniaki zapiekane w bazylii i serze na obiad), ale gdy nieco później wybrałem się do basenowej pizzerii, to pizzę jadłem już rękoma.

semp 2009-11-17 23:59:58
skomentuj (4)

Fatality
W sieci natrafiłem na pewną ciekawostkę. Kombinację klawiszy, której wstukanie po zalogowaniu się na Facebooka sprawia, że na ekranie pojawiają się świecące, poruszające się kule. Ustawiłem więc stosowny status: "Wciśnij: góra, góra, dół, dół, lewo, prawo, lewo, prawo, B, A, enter i prawy przycisk myszy", co wywołało serię ciekawych komentarzy, ale najbardziej rozbawiło mnie to, że 8 minut po zamieszczeniu wspomnianego wpisu, na komórkę dzwoni Longin: "Ej, stary, jak się wyłącza te pierdolone kółka z Facebooka?"

semp 2009-11-17 11:28:54
skomentuj (2)



Surrealistyczna
biomachina z
bąbelkami.

Ups! Wpadli!














dodaj do
del.icio.us


statystyki www stat.pl

(c) by Semp 2005